Niedziela, godzina 6 rano. Przybywam na wyznaczone miejsce spotkania. Zaspane osoby po kolei podają mi ręce do przywitania. Poznaję ludzi, którzy za chwilę wezmą udział w blokowaniu polowania: nauczycieli, studentów, tych, których twarze są mi znane z innych prozwierzęcych akcji i takich, którzy tak jak ja po raz pierwszy zobaczą łowy z bliska. Jest nas 8 osób. Reszta dołączy później. Pakujemy do bagażników potrzebne rzeczy: prowiant, herbatę w termosach i odblaskowe kamizelki, dzięki którym łatwiej nas będzie zauważyć w lesie. Wyruszamy samochodami z pogrążonego w mroku Lublina.

Słychać huk strzałów

Jedziemy do lasów położonych przy Ostrowie Lubelskim. Teren jest duży – obejmuje obszar, którego granice wyznaczają wsie Pohulanka, Stara Jedlanka oraz Rezerwat Przyrody Lasy Parczewskie. Już w drodze planowany jest podział na dwu-, trzyosobowe grupy, które będą tropić myśliwych. Wymieniamy się numerami telefonów.

Wysiadamy z samochodów w okolicach zatopionej w porannej mgle wsi Bójki. Od razu słyszymy huk strzałów. – Wy idźcie prosto, my w lewo – decyduje jedna z dziewczyn. Po kilkunastu minutach spaceru moja grupa dostaje wiadomość. To nie odgłosy strzelb, ale armatek odstraszających ptaki z pobliskich jezior. Zmieniamy kierunek.

Idziemy wzdłuż wyschniętych stawów. Na chwilę stajemy, gdy tuż przy nas przebiega dorodna klępa. – Po raz pierwszy widzę łosia w naturalnym środowisku – zachwyca się dziewczyna z mojej grupy. Po myśliwych ani śladu. Jedna z osób wpada na pomysł, żeby zapytać o miejsce polowania napotkanego mieszkańca wioski. – Dobrze idziecie. Na końcu drogi skręćcie w prawo – wskazuje ręką kierunek.

Za chwilę z zielonej gęstwiny wynurza się pierwszy myśliwski kapelusz. Kilkoro mężczyzn w strojach moro stoi przy drodze ze strzelbami skierowanymi w stronę lasu. Do łowczego znajdującego się najbliżej podchodzi dziewczyna z mojej grupy. – Proszę stąd iść, tu jest dla pani niebezpiecznie – mówi myśliwy. – Chyba wie pan doskonale, że nie może pan przy mnie użyć broni – odpowiada aktywistka. Mężczyzna wyciąga naboje z dubeltówki. – To moje pierwsze polowanie w roku. Musieliście przyjść akurat teraz? – pyta. Po dłuższej chwili na miejsce dociera druga grupa blokujących.

Łowczy zaczynają zadawać pytania: „Skąd wiecie o dzisiejszym polowaniu?”, „Z jakiej organizacji jesteście?”. Aktywiści nie chcą nic zdradzać. Mówią, że są na spacerze. Rzeczywiście, w ciągu następnych godzin przemierzą pieszo wiele kilometrów.

ZOBACZ TAKŻE: Wajrak w Lublinie. "Mam pytanie: z jakiego jajka jest ta skorupka?"

Naganka i 19 myśliwych

Dowiadujemy się, że w dzisiejszym polowaniu bierze udział 19 myśliwych. Dodatkowo trzeba doliczyć nagankę, czyli tych, których zadaniem jest płoszenie zwierzyny. Po chwili słyszymy ich odgłosy – zaopatrzeni w kołatki mężczyźni idą w szeregu po drugiej stronie kniei. Hałas powoduje, że wkrótce tuż obok nas przebiega sarna. – Otoczone w ten sposób zwierzęta nie mają żadnych szans. Wbiegają wprost pod lufy strzelb – oburza się jeden z aktywistów.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej