Wólka, sobota, 14 grudnia 2013 r. Katarzyna, studentka pierwszego roku archeologii, pomagała matce myć w domu okna. Była najmłodszą z trzech córek rodziny Piszyków. Kiedy Kasia skończyła porządki, umyła włosy, powiedziała mamie, że nowy szampon jest świetny, i się z nią pożegnała. Miała pojechać do chłopaka, do Lublina. Za chwilę miała autobus. Piszykowie mieszkają tuż obok drogi wojewódzkiej z Lublina do Łęcznej. Do przejścia dla pieszych miała niecałe sto metrów.

Niedługo później matka studentki dostała telefon: "Coś się stało, chyba z Kasią". Taka sama wiadomość dotarła do ojca nastolatki. Gdy rodzice pobiegli w stronę przejścia, na pasach zobaczyli karetkę pogotowia i ciało córki pod czarną folią. Ciężkie obrażenia głowy, zmiażdżone kolana. Ratownicy z karetki niewiele mogli zrobić. Rozpacz.

Auto w ciemnym kolorze

Pewne było to, że została potrącona przez samochód. Wypadku nikt jednak nie widział. Małżeństwo z Puław, które nadjechało wkrótce po tragedii, twierdziło, że Kasię mógł przejechać samochód w ciemnym kolorze, który wcześniej ich wyprzedzał. Tylko tyle. Żadnych innych świadków, istotnych wskazówek, tropów. Jedynie kawałki reflektora - najprawdopodobniej przedniego.

Twoja przeglądarka nie ma włączonej obsługi JavaScript

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Pełne korzystanie z serwisu wymaga włączonego w Twojej przeglądarce JavaScript oraz innych technologii służących do mierzenia liczby przeczytanych artykułów.
Możesz włączyć akceptację skryptów w ustawieniach Twojej przeglądarki.
Sprawdź regulamin i politykę prywatności.