Artur pochodzi ze Świdnika. Rocznik 1971, przez całe dzieciństwo miał pod górkę. Kiedy skończył dwa lata, na raka piersi zmarła mu matka. Miała 25 lat. Ojciec szybko się ożenił, ale Artur nie miał dobrych kontaktów z macochą. – Chyba nigdy się do mnie nie odezwała – opowiadał później policjantom. Mieszkał u dalszej rodziny. W szkole miał dryg do przedmiotów ścisłych: matematyka, fizyka. Ale uczyć się nie chciał. – Zdolny, ale leniwy – powtarzali nauczyciele. Ledwo skończył zawodówkę elektryczną.

Po szkole wpadł w złe towarzystwo. Nie pracował. Alkohol, narkotyki, włamania do piwnic. Pierwszy raz trafił do aresztu w wieku 20 lat. Wyrok w zawieszeniu. Po próbie włamania do garażu z piłą motorową – kolejny wyrok. Tym razem półtora roku, ale już bezwzględnej odsiadki. W więzieniu okrzepł. Po wyjściu na wolność zaczął okradać mieszkania. Głównie modne wtedy odtwarzacze wideo i sprzęt grający (wieże). Wszystko, co zmieściło się do dużej torby przerzuconej przez ramię. Towar sprzedawał paserom. Pieniądze szły przede wszystkim na alkohol. Kolejny wyrok – dwa i pół roku więzienia.

Pozostało 83% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej