Książka „Bóg, auto, ojczyzna” (wyd. Novae Res) to opowieść Sebastiana, statystycznego Polaka, uzależnionego i zakochanego w samochodach. Do tego stopnia, że patriotyzm czy wiara to przede wszystkim emblematy do ozdabiania auta. Książka jest śmieszna i straszna. Większość wypowiedzi Seby jest autentyczna – pochodzi z rozmów z „prawdziwymi” Polakami i forów internetowych. Sebastian mieszka w Markach pod Warszawą, ale na romantyczne chwile z kochanką ucieka m.in. na Lubelszczyznę.

Rozmowa z Tomaszem Brzeszczakiem*

MAGDA OPOKA: Dlaczego Polacy tak kochają samochody?

TOMASZ BRZESZCZAK: Auto to u nas ciągle symbol statusu społecznego, a nie tylko narzędzie do przemieszczania się z punktu A do B. Za pomocą samochodu Polak może zademonstrować sąsiadom, że mu się w życiu udało. Poza tym dla wielu ludzi jazda autem to synonim swobody. Wielu kierowców mówi: czuję wolność, jak jadę przez miasto! Tymczasem jazda już się skończyła. W Polsce mamy za dużo samochodów. W miastach – nawet tych małych – są głównie korki. Jaka logika kieruje ludźmi, którzy w niedużej miejscowości (można ją obejść w pół godziny) jeżdżą autem? Mam rodzinę w 20-tysięcznym mieście. Jeśli nie wyjadą z domu o odpowiedniej godzinie, to utkną w korku i spóźnią się do pracy. Gdyby poszli na piechotę, problemów by nie było.

Pozostało 84% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej