Szkoła w Anglii: Wiele dyskusji na temat rasizmu

1/6

Fot. Artur Kubasik / Agencja Gazeta

Piotr Chromcewicz, 17 lat, dziesięć lat w szkole w hrabstwie Dorset, obecnie niepubliczne liceum im. Paderewskiego

Przeżyłem szok, kiedy dowiedziałem się, że w Polsce z każdego przedmiotu trzeba mieć ocenę na koniec roku. Wyjechałem do Anglii, gdy miałem pięć lat. Tam nie musisz zdawać z klasy do klasy, po prostu przechodzisz dalej. Po powrocie do kraju poszedłem do V LO w Lublinie, do pierwszej klasy, tak jak moi rówieśnicy. Wcześniej wysłano do niej moje angielskie świadectwa, ale nie brali tego pod uwagę. Niestety szkoła nie była przygotowana na taką osobę, jak ja. Miałem duże braki, głównie z matematyki. Nie miałem też nigdy polskiego. Ale nauczyciele lekceważyli moje prośby o pomoc. Pierwszą kartkówką miał być diagnostyczny test z matematyki, bez oceny. A potem postawili mi jedynkę. Byłem sam, musiałem nadrobić kilka straconych, z punktu widzenia polskiej szkoły, lat. A nauczyciele, zamiast pomagać, dokuczali mi i wytykali braki. Sugerowali, że jestem głupszy, bo uczyłem się za granicą. Nauczyciel od geografii powiedział przy 40-osobowej klasie, że jestem dobrym przykładem niewydolności systemu nauczania w Anglii. Zszokowały mnie te słowa. Zaniemówiłem i usiadłem z wrażenia. Miałem np. duży problem z określaniem dużych liczb. To dlatego, że w Polsce nie mówi się biliony, tylko miliardy i po prostu się pogubiłem. Kiedyś na geografii trzeba było podać liczbę ludności. Przekręciłem ją, więc nauczyciel postanowił mnie upokorzyć. Przy tablicy kazał mi wypisywać jakieś liczby.

Prosiłem nawet rodziców, by jeszcze porozmawiali z dyrekcją. Organizowano nawet jakieś dodatkowe zajęcia, ale uczęszczało na nie kilka osób. Nie mogłem skupić się na tym, czego potrzebuję. Czułem się źle. Zrezygnowałem z liceum po dwóch miesiącach - trochę z żalem, bo z rówieśnikami dogadywałem się świetnie. Niektórzy byli wręcz zafascynowani tym, że spędziłem za granicą tyle lat.

Przeniosłem się do Paderewskiego. Myślę, że nauczyciele cieszyli się, że opuszczam szkołę. Mieli jeden problem z głowy.

W polskich szkołach kiepsko też z otwartością na inność. Często słyszę np. różne komentarze o czarnoskórych osobach. Najczęstsze słowo to "czarnuch". Założyłem kiedyś koszulkę z Jimim Hendrixem. Kolega z dawnego liceum powiedział, że mam na niej "spalonego murzyna". W Anglii spotkałoby się to z karą i poinformowano rodziców. W Polsce nauczyciele mają chyba podobne poglądy i lekceważą takie słowa. Kiedyś na lekcji ktoś powiedział głośno słowo "czarnuch" - nauczyciel spojrzał na tę osobę i nic nie powiedział, zaśmiał się tylko.

A na Wyspach dużo dyskutuje się rasizmie, czy wierze. Sam chodziłem do szkoły rzymsko-katolickiej, choć jestem niewierzący. Religia były obowiązkowa, ale prowadził je nauczyciel. Mówiło się o wszystkich wyznaniach.

Duży nacisk kładziono na wf. W Polsce możesz sobie załatwić zwolnienie na rok. Tam musiałoby ci chyba urwać nogę, żebyś mógł nie ćwiczyć. Jest jeszcze jedna śmieszna rzecz - w publicznej szkole miałem jedną z najgorszych ocen z angielskiego. Nauczyciele uważali, że nie umiem tego języka. Miałem ledwo tróję. Ale po incydentach z nauczycielem od geografii, nie chciałem się kłócić.

Wszystkie zdjęcia
  • Szkoła w Anglii: Wiele dyskusji na temat rasizmu
  • Szkoła w USA: patriotyzm bez skrajności
  • Szkoła w Anglii: Nie boją się inności
  • Szkoła w Irlandii: Nie dominowało jedno wyznanie
  • Szkoła we Francji: Tolerancja jest normalnością
  • Oświata na Zachodzie