Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Po raz pierwszy bierzesz udział w wyborach? Mamy dla Ciebie darmową prenumeratę cyfrową "Wyborczej"

Paweł Krysiak i Małgorzata Domagała zapytali ostatnio licealistów z III LO w Lublinie o samorządową kampanię wyborczą, a ja na Facebooku wtrąciłem się do dyskusji po głosie, że ci młodzi ludzie mają pretensje i nie znają kandydatów, ale gdy już dochodzi do spotkań, to młodych na nich nie ma. Nie jest to głos odosobniony. Pod wspomnianym artykułem “Nie chcemy polityki, ktora jest promocją nienawiści” ktoś korzystając z anonimowości pisze, że głos młodych to „typowe narzekanctwo” i kpi dalej z młodzieży siedzącej pod blokiem. Smutne.

Gdy wypowiada się „zwyczajny człowiek” zamiast „eksperta”, przyznajemy mu najczęściej status lepiej lub gorzej usposobionego tubylcy. Nie zna się, nic nie wie. Nie interesuje się na co dzień. To aparatura, eksperci, media i naukowcy mają mu ten świat wyjaśnić. Dla aparatu władzy, wewnątrz którego znajdują się politycy, to nie do pomyślenia, że ten tubylca może właśnie mówić to, co chciał powiedzieć, opowiada o świecie, który chciałby stworzyć.

 Tymczasem po przeczytaniu wywiadu z licealistami można ułożyć bardzo konkretną i rzeczową kampanię wyborczą. Oni powiedzieli wszystko: postulaty, główne kontrowersje, sposób prowadzenia kampanii, sposób i środki komunikacji, przykłady, główne zagrożenia i sfery ignorowane. Mówią nawet, komu ufają (rodzinie) i jakich kompetencji nie dostarczyła im szkoła, której system wymaga posiadania wiedzy dostępnej po pięciu minutach szukania w Google zamiast dostarczyć konkretnych umiejętności życia w społeczeństwie. Mówią o kontekście historycznym i poziomie niszowości i rozdrobnienia światopoglądowego, jaki reprezentują.

Oczywiście, że te wypowiedzi składają się też z tematów wytworzonych przez media, organizacje, NGO-sy czy PR-owców, ale nie zastanawiało was nigdy, dlaczego jedne tematy robią się popularne, a inne nie? Tymczasem można całą kampanię położyć na Górkach Czechowskich.

Mówią wreszcie licealiści, a są w tym mówieniu szczerzy do bólu, co w demokracji nie działa: „Zbierają się gdzieś daleko ode mnie, o czymś decydują. To wszystko dzieje się za daleko od ludzi”. Mit? Bynajmniej. Demokracja powstała w niewielkich miastach, nie w ogromnych państwach. Nie działa, bo skupiliśmy się na jakichś sztucznych siłach, które mają na ludzi oddziaływać gdzieś poza, ponad czy pod intencjami naszych czynów. Tym samym odebraliśmy sobie podstawowe prawo: prawo do działania. I to właśnie dlatego na poziomie samorządowym demokrację można naprawić – bo tutaj jest najbliższa swoich korzeni. Wywodzi się w końcu od państwa-miasta.

Drodzy politycy, przygotowałem dla kandydatów w wyborach samorządowych tłumaczenie tego, co ci młodzi ludzie próbują Wam powiedzieć:

Skąd wziąć poglądy polityczne?

Nie musicie ich mieć, ludzie Wam je dadzą. Wystarczy zapytać, ale nie przy pomocy sondażu, a w nieukierunkowanej rozmowie. To drobne rzeczy – komunikacja miejska, oferta kulturalna, ale też poważne tematy, jak kwestie czystego powietrza czy miejskiej zabudowy. Wystarczy, że znajdziecie „systemowe” rozwiązania problemów.

Społeczeństwo nie składa się z sondażowych wykresów, ale z ludzi, których – jak mówi jeden z licealistów – nie reprezentują partie większe niż jeden procent. Społeczeństwo składa się z wąskich nisz, miasto składa się z dzielnic, dzielnice z blokowisk i skupisk domków jednorodzinnych. Ich mieszkańcy tworzą rodziny, grupy zainteresowań, wspólnoty mieszkaniowe. Oto jak walczyć z nadmierną polaryzacją.

Gdzie spotkać ludzi?

Są na ulicach, w miejscach pracy, w mieszkaniach i domach.

Pewien duży związek wyznaniowy jest w stanie zorganizować coroczną wizytę u swoich wyznawców. Inny, dużo, dużo mniejszy, ma w Lublinie codziennie wartę pod Bramą Krakowską.

A na pewno mają wiele obowiązków związanych z codzienną posługą! Drodzy politycy, chcecie mi powiedzieć, że Was na ten wysiłek nie stać?

Załóżmy, że z Twoją ekipą poświęcicie 60 dni na kampanię. W Lublinie, w pełnym komitecie wyborczym, jest 43 kandydatów na radnych i 262 998 uprawnionych do głosowania. To daje 6116 wyborców na kandydata. To jest 101 osób, które powinien w ciągu dnia spotkać kandydat. Jeśli rozmowa z każdym zajmie 5 minut, to w 8-9 godzin można się wyrobić. Etatowy czas pracy, a później do domu. A ilu z tych ludzi później opowie innym, że odwiedził ich polityk? A co, gdy uda Wam się jeszcze pozyskać wolontariuszy?

Im dłuższa droga będzie dzieliła Waszych wyborców od Was, tym bardziej będziecie zależni od świty, od wzmacniaczy charyzmy – gazet i telewizji, agencji reklamowych, ambon, portali społecznościowych, lobbystów. Oddając swoją władzę, pozbawiacie jej nie tylko siebie, ale i swoich wyborców. I oni to czują. Czują, że ich głos nic nie znaczy, bo gdy przyjdzie kolejna medialna burza, będziecie musieli płynąć z jej wiatrem, zbaczając z kursu, który obiecaliście własnym wyborcom. Gdy przyjdą sponsorzy kampanii lub partia… I to będzie wtedy Wam się wydawało zupełnie rozsądne. Kto raz zda się na aparaturę władzy, ten już na zawsze przestanie być trybunem ludu.

Jak się posługiwać mediami społecznościowymi?

Nie czytaj komentarzy w internecie. To taka pierwsza zasada zdrowego rozsądku. Wiedzą o niej wszyscy celebryci i właśnie dlatego powoli przegrywają wojnę z influencerami. Gdy ci pierwsi żyją na Olimpie, ci drudzy chodzą wśród nas. Odpowiadają na komentarze, walczą z trollami, puszczają im nerwy, ale są.

Zdradzę Wam sekret: nie musicie sami być cały czas w mediach społecznościowych. Wzmacniając się przez reklamy możecie organizować codzienne Q&A (pytania i odpowiedzi) przez pół godziny do godziny, a efekt i tak będzie lepszy, niż gdy będą za Was pisać marketingowcy. No chyba że nie macie charyzmy, ale w takim razie co robicie w polityce?

Najważniejsze jednak: rozmawiajcie! Ponoć wzorujecie się na serialu „House of Cards”. Widzieliście jak tam młody polityk przez 24 godziny odpowiada na pytania? Was w mediach społecznościowych nie ma. Są marketingowcy. I jeszcze ktoś: po wpisaniu w YouTube „wybory samorządowe 2018” pierwsza wyświetla się odezwa Kononowicza… W Google zaś próżno szukać Waszych programów.

Jak zorganizować święto demokracji?

Chcecie święta? To spójrzcie na akcje charytatywne: na zastępy wolontariuszy pracujących w jednej sprawie. Wybory w USA to święto, bo tam wolontariusze naprawdę coś znaczą i mają poczucie, że coś zmieniają. Potrzeba wysiłku, mnóstwa niewidzialnej pracy, by zorganizować jakieś święto – niezależnie czy to komunia, festyn, szlachetna paczka czy wielka orkiestra.

Skąd wziąć obywateli?

Trzeba ich sobie, niestety, wychować. I wciąż pilnować, by na każdy obowiązek przypadało też konkretne prawo. Jak chcecie mieć po swojej stronie młodych ludzi, jeśli oni się Was wstydzą, jeśli przynależność do młodzieżówki partii kojarzy się z byciem politycznym zakapiorem czy megalomanem? Jak chcecie ich wychować, jeśli samorząd szkolny o niczym nie decyduje, a parlament studencki zamiast stanowić przeciwwagę dla władz uczelni zajmuje się najczęściej puszczaniem pieniędzy na juwenalia?

Jak traktować media?

Pozwólcie im sobie towarzyszyć, informujcie je o każdym swoim ruchu, życzliwie odpowiadajcie, zaakceptujcie, że dziennikarze i redakcje mają jakieś poglądy, ale pamiętajcie: oni starają się pozbierać rzeczywistość, tak jak i Wy to robicie, znaleźć dla rzeczywistości jakieś słowa, jakieś narracje, i w tym sensie zawsze będziecie rywalami.

Jak sobie radzić z tym, że jesteś prowincjonalnym politykiem?

Ciesz się i zapraszaj gości. Bo licealiści są dziś bardziej światowi, niż Ty kiedykolwiek będziesz. Są ciekawi spotkań z ludźmi ze świata i dzięki temu, w gościnności połączonej z dumą ze swojego miejsca na ziemi, odkrywają lokalność na nowo w świecie globalizacji. Oni są obywatelami świata i nawet jeśli wyjadą, Twoją rolą jest po prostu sprawić, by chcieli tu wracać.

Drodzy politycy, ci młodzi ludzie, o których Wasze świty zarabiające na Was mówią, że nie mają poglądów i są życzeniowi, są waszym Artemidorusem. Gdy będziecie mieli chwilę, nim zasiądziecie na stołkach, zerknijcie na wiersz Kawafisa „Idy marcowe”, który parafrazuję w tytule. I poszukajcie u Szekspira, co Juliuszowi Cezarowi miał do powiedzenia Artemidorus i dlaczego byłoby lepiej, gdyby jednak Cezar wiadomość odczytał. Bo licealiści już wieszczą Wam generała, który Was pogodzi i splecie świat, ale w jedyny sposób, w jaki potrafi – na kształt jednostki wojskowej.

JAKUB ORZECHOWSKI

*Grzegorz Jędrek – prowadzi bloga o PR i marketingu w kulturze wniedoczasie.pl. Mieszka i pracuje w Lublinie

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.