Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Lubycza Królewska leży na trasie z Warszawy do Lwowa, 150 km od Lublina, osiem od przejścia granicznego z Ukrainą w Hrebennem. Czysto, równe czerwone chodniki, wyremontowane elewacje: przedszkola, biblioteki, urzędu gminy i domu weselnego. Obok hala sportowa, wielofunkcyjny stadion z bieżnią lekkoatletyczną i krytymi trybunami.

Klucz? Wkład własny

– Ociepliliśmy wszystkie budynki należące do gminy, wymieniliśmy w nich okna i instalacje grzewcze na ekologiczne i nowoczesne. Do tego trzeba dodać kilometry nowych dróg, pokrytych czerwoną kostką chodników, sieci wodociągów i kanalizacji. Nie można zapominać o odnowionych świetlicach wiejskich, orliku, parku miejskim czy placach zabaw dla dzieciaków. Oczywiście wszystko za pieniądze z Unii Europejskiej – sekretarz miasta Marek Kellner, pokazując stadion piłkarski, boisko do siatkówki, korty tenisowe, tor rolkowy, aż promienieje z dumy.

I za chwilę dodaje: – Wiem, wiem. Nikt nie lubi tego słowa: termomodernizacja. Ale to są konkretne pieniądze. W przypadku każdego budynku, szkoły, przedszkola czy urzędu, to nawet 70 proc. oszczędności. Przekładając na słupki, jeśli ogrzewanie budynku w ciągu roku kosztuje 100 tys. zł, przy dobrze ocieplonych ścianach, szczelnych oknach i dobrej instalacji grzewczej w kieszeni zostaje 70 tys. zł. A to jest przecież wkład własny w kolejną inwestycję. Zresztą nie tylko tę unijną.

Chlubą Lubyczy, tak jak i całego powiatu tomaszowskiego, jest Centrum Promocji Kultury i Turystyki, czyli multimedialna biblioteka z pracownią komputerową i nowoczesną salą konferencyjną. Inwestycja pochłonęła milion złotych, ale aż 750 tys. zł wyłożyło na ten cel Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego w ramach programu „Biblioteka Plus. Infrastruktura Bibliotek”. Wkład własny gminy – tylko 250 tys. zł.

– Ale gdyby nie ta nasza ćwiartka, prawdopodobnie w ogóle nie wystartowalibyśmy o te środki. Skąd mieliśmy pieniądze? Paradoksalnie, dzięki funduszom unijnym. A wszystko dlatego, że mniej wydaliśmy w innych płaszczyznach i zostało na wkład własny. Koło się zamyka – tłumaczą obrazowo urzędnicy z magistratu w Lubyczy.

Miasto może jeszcze więcej

Tylko w latach 2011-2016 do gminy trafiło ponad 15 mln zł różnego rodzaju środków unijnych. Z własnej kasy Lubycza w tym czasie wydała na inwestycje ok. 10 mln zł. W gminie mieszka 7 tys. ludzi. W przeliczeniu na mieszkańca to jeden z lepszych wyników w województwie.

– Za pieniądze przeznaczone dla gmin wiejskich wybudowaliśmy chyba już praktycznie wszystko. Chcąc pozostać w grze i walczyć o nowe środki z Unii Europejskiej, musieliśmy uzyskać prawa miejskie. To był ostatni moment, żeby załapać się na kasę z budżetu UE na lata 2014-20 – powtarza burmistrz Tomasz Leszczyński, czterdziestolatek, który przed czterema laty startował z własnego komitetu Aktywna Gmina. Za trzy tygodnie będzie się starał o reelekcję. Jeśli wygra, będzie rządził już trzecią kadencję.

Ale zostanie miastem to nie taka łatwa sprawa. Osada z aspiracjami musi mieć zwartą szeregową zabudowę, nie może być rozciągnięta wzdłuż jedynej ulicy. Warunkami są też kanalizacja, chodniki, a także budynki użyteczności publicznej, jak przychodnia zdrowia, policja, bank, poczta, szkoła, przedszkole, biblioteka czy centrum sportowo-rekreacyjne. Część z tych warunków Lubycza Królewska spełniła dzięki pieniądzom z UE.

MATERIAŁY PRASOWE

Lubycza Królewska. Centrum Promocji Kultury i Turystyki, czyli multimedialna biblioteka z pracownią komputerową i nowoczesną salą konferencyjną

Podczas konsultacji społecznych ponad 70 proc. mieszkańców Lubyczy Królewskiej nie miało żadnych wątpliwości – opowiedziało się za miastem. Przekonały ich przede wszystkim obietnice kolejnych pieniędzy na inwestycje. I tak, od 1 stycznia 2016 r. licząca niespełna dwa tysiące mieszkańców Lubycza Królewska stała się miastem.

– Jako miasto mogliśmy wystąpić o środki unijne na rewitalizację przestrzeni miejskiej. Chcemy zbudować nowe targowisko, toalety, założyć na ulicach stylowe oświetlenie. Zastanawiamy się też nad budową ratusza, bo klocek, w którym mieści się dziś urząd gminy, nie będzie pasował do charakteru miasta – mówi sekretarz Kellner.

Bez ciśnienia i ciągłej gonitwy

Kiedy Polska w 2004 r. zostawała członkiem Unii Europejskiej, Marek Kellner, energiczny czterdziestolatek, nie miał wątpliwości, że zabierze rodzinę i z Lubyczy wyjedzie. Może do Lublina, może gdzieś dalej.

– Bo to wszystko wyglądało u nas wtedy mało ciekawie. Dziurawe drogi, nierówne chodniki, brak infrastruktury. Po pracy człowiek nie miał co ze sobą zrobić – pamięta.

Z decyzją o wyjeździe zwlekał rok, dwa... W końcu w 2007 r. zamienił pracę w tomaszowskim urzędzie skarbowym na etat w urzędzie gminy w Lubyczy Królewskiej. Przenosimy akurat zbiegły się z okresem, kiedy Unia zaczynała dzielić pieniądze z pierwszego etapu spójności.

– Wszyscy w urzędzie gminy, pisząc wnioski o dofinansowanie kolejnych inwestycji, wiedzieliśmy, że dla Lubyczy to absolutny priorytet. Wszystko musiało być przygotowane nie na 100 proc., tylko na 120 proc. Bo dla nas te pieniądze były ostatnią szansą utrzymania się ponad poziomem – pamięta sekretarz Kellner.

Przed dziesięcioma laty gmina w sposób dramatyczny się wyludniała. Praktycznie wszyscy młodzi wyjeżdżali za granicę: do Anglii, Holandii, Niemiec. Bezrobocie sięgało 14 proc. Gminie wcale nie pomagało sąsiedztwo przejścia granicznego z Hrebennem.

Kellner: – Jednak z roku na rok sytuacja zaczęła się powoli odwracać. Wraz z kolejnym oddanym do użytku chodnikiem, fragmentem wyremontowanej drogi, wodociągiem czy miejscem, gdzie można pograć w piłkę, kosza czy tenisa. Fakt, teren naszej gminy, jak cała ściana wschodnia, wciąż się wyludnia. Ale nie sama Lubycza Królewska. Proszę sobie wyobrazić, że u nas od czterech lat notujemy systematyczny wzrost. O 20, 30, 40 mieszkańców w ciągu roku. To nas buduje, wzmacnia i wskazuje, że ta walka o wyższy cywilizacyjny poziom ma sens. Dziś na pewno stąd już nigdzie z rodziną nie wyjedziemy. Bo to fajne miejsce do życia.

W Lubyczy jak grzyby po deszczu zaczynają rosnąć eleganckie domki jednorodzinne. Takie modne, z grafitowymi dachami i szaro-białymi elewacjami. Budują się przede wszystkim strażnicy graniczni i celnicy, którzy przeprowadzili się na Lubelszczyznę z innych części kraju. Ale do Lubyczy przeprowadzają się też urzędnicy z Tomaszowa, Bełżca, nawet z odległego o 50 km Zamościa. Dla przyrody, ale też coraz lepszej infrastruktury.

Burmistrz Leszczyński powtarza od lat: – Lubycza ma być też miastem przyjaznym do życia, tak by ludzie, którzy wyjechali stąd za chlebem do Warszawy czy Anglii, zastanowili się, czy przypadkiem na stare lata nie warto byłoby tu wrócić. I spokojnie żyć, bez ciśnienia i tej ciągłej gonitwy.

Sekretarz Kellner: – A mnie marzy się Lubycza jako małe klimatyczne miasteczko, gdzie na kawę albo nocleg zatrzymywaliby się turyści w drodze do Lwowa. A może na dłużej, bo u nas jest co oglądać, choćby drewniane cerkiewki czy unikalne skamieniałe drzewa.

Urzędniczka z magistratu: – A nawet jak komuś u nas się znudzi, może wsiąść w auto albo busa i za kwadrans jest w galerii handlowej w Tomaszowie Lubelskim albo w kinie w Zamościu.

Projekt „Future is Now – Przyszłość jest teraz”

jest współfinansowany przez Dyrekcję Generalną ds. Polityki Regionalnej i Miejskiej (DG REGIO) Komisji Europejskiej. Informacje i poglądy przedstawione na tej stronie są wyłącznie opiniami autorów i niekoniecznie odzwierciedlają oficjalne stanowisko Unii Europejskiej. Ani instytucje i organy Unii Europejskiej, ani żadna osoba działająca w ich imieniu nie mogą być pociągnięte do odpowiedzialności za wykorzystanie zawartych tu informacji.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.