Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

- Firma daje pracę blisko 50 osobom, ale także współpracujemy z wieloma rolnikami, bo kupujemy od nich płody rolne o wartości przekraczającej 1 mln zł w ciągu roku - mówi Rafał Stachura, współzałożyciel i współwłaściciel gospodarstwa Agromarina. Oprowadzając po Agromarinie, nie rozstaje się ze swoim smartfonem. Na przemian wydaje dyspozycje po polsku, włosku i angielsku. Interesy.

Nowy Targ, Padwa, Lublin

Stachura, rocznik 1975, pochodzi z Podbeskidzia Żywieckiego. - Jako dziecko podobała mi się praca w gospodarstwie. Interesowały mnie krowy. To, co jedzą, ile produkują mleka. Jak to wszystko działa - opowiada.

Pewnie dlatego wybrał technikum rolnicze w Nowym Targu na Podhalu, a potem Akademię Rolniczą w Lublinie (dziś to Uniwersytet Przyrodniczy), gdzie rozpoczął studia na wydziale medycyny weterynaryjnej. Potem na lubelskiej uczelni w tej dziedzinie obronił tytuł doktora.

Fot. Krzysztof Mazur / Agencja Gazeta

Stachura: - W szkole w Nowym Targu było oczywistością, że uczniowie z każdego rocznika, którzy postanowili dalej kształcić się na lekarzy weterynarii, wybierali studia w Lublinie. Bo my (śmiech!) tutaj na Lubelszczyźnie nie zdajemy sobie z tego sprawy, ale lubelski Uniwersytet Przyrodniczy w kontekście weterynarii, hodowli bydła, produkcji mleka to świetna marka i absolutna czołówka.

Stachura od początku wiedział, że będzie prowadzić duże gospodarstwo rolne. Takie wielopowierzchniowe, wielkotowarowe, z wizją rozwoju, z precyzyjnym biznesplanem. Chciał wiedzieć, jak działają takie gospodarstwa produkcyjne na świecie. Jako że z nauką języków nigdy nie miał problemów, wyjechał na praktyki do Kanady. Dalej podpatrywał. Studia skończył na Uniwersytecie w Padwie, jednej z najstarszych wyższych uczelni w Europie założonej w 1222 r.

Fot. Krzysztof Mazur / Agencja Gazeta

- We Włoszech poznałem wspólników, z którymi postanowiliśmy stworzyć gospodarstwo specjalizujące się w produkcji mleka. Wybór padł na Lubelszczyznę, bo studiując na Akademii Rolniczej w Lublinie, widziałem tutaj potencjał na produkcję i rozwój właśnie takiego gospodarstwa - tłumaczy Rafał Stachura.

Karuzela, a w środku robot

W Kulczynie Kolonii (gmina Hańsk) w czasach PRL działało jedno z większych państwowych gospodarstw rolnych w starym woj. chełmskich. Jednak PGR, jak wiele innych, nie poradził sobie z wolnorynkowymi reformami premiera Leszka Balcerowicza z przełomu lat 80. i 90. zeszłego wieku. W efekcie gospodarstwo uratowali byli pracownicy, którzy zaczęli je prowadzić jako spółka pracownicza od 1993 roku. Natomiast w 2001 r. Agromarina zainwestowała tu w produkcję mleka.

Stachura: - Wybraliśmy Kulczyn Kolonię, bo dostrzegliśmy potencjał. To był ten zalążek, od którego można było zacząć. Przede wszystkim ludzie: specjaliści, mechanicy, dojarze. Ludzie, którzy wiedzą i lubią to, co robią. Wszyscy mieli wiedzę i praktykę. Na początku doiliśmy tylko 60 krów. Bardzo szybko, bo w ciągu dwóch lat, sprowadziliśmy kolejne 400 sztuk. Gospodarstwo systematycznie się rozwijało.

Fot. Krzysztof Mazur / Agencja Gazeta

Chcąc zobaczyć całą Agromarinę, trzeba zarezerwować sobie co najmniej dwie godziny. Na terenie gospodarstwa wzniesiono trzy nowoczesne obory, bez ścian, ze zsuwanymi siatkami zatrzymującymi ciepło podczas zimy i podnoszonymi na lato, aby cyrkulacja powietrza była lepsza. Zmodernizowano stare obory i budynki inwentarskie, uruchomiona sterowana komputerem mieszalnia pasz, firma zainwestowała w nowoczesne maszyny (ciągniki, ładowarki, sieczkarnie, paszowozy). Wrażenie robi karuzela, czyli nowoczesna dojarnia ze stanowiskami dla 32 krów. Udój powtarzany jest tam trzy razy dziennie. W przyszłości rozważana jest budowa zrobotyzowanej hali udojowej typu karuzela. Takie rozwiązania stosują dziś jedynie dwa gospodarstwa rolne w Europie.

- Ale nie dlatego, że chcemy pozwalniać ludzi i zacząć oszczędzać. Po prostu dojarz to bardzo ciężki zawód i coraz trudniej znaleźć jest pracowników na to stanowisko - zwraca uwagę Stachura.

Czas na mleczny lobbing

Dziś Agromarina każdego dnia sprzedaje 24 tys. litrów mleka. Jest członkiem spółdzielni mleczarskich. I to, jak każdemu producentowi, gwarantuje codzienny odbiór mleka.

Fot. Krzysztof Mazur / Agencja Gazeta

- Na szczęście nie współpracujemy z koncernami nastawionymi na zysk, tylko ze spółdzielniami mleczarskimi. Dlaczego szczęście? Po pierwsze spółdzielnie ze swojej definicji nie są nastawione na zysk, tylko na rozwój obszaru, którym się zajmują. Po drugie członkami spółdzielni są rolnicy, czyli dostawcy mleka. Dzięki temu w pewien sposób możemy kontrolować ceny, po których sprzedajemy nasze produkty. Ceny od jakiegoś czasu nie spadają drastycznie w dół. Każdemu z nas rolników pozwala to myśleć o przyszłości i rozwoju - wyjaśnia Stachura.

Trzeba wiedzieć, że Agromarina to nie tylko mleko. Firma to 1,5 tys. hektarów ziemi. Zebrana trawa, kukurydza, zboże i słoma to przede wszystkim części składowe pasz dla krów. Każdego roku Agromarina skupuje od sąsiednich, mniejszych gospodarstw płody rolne wartości ponad 1 mln zł.

Fot. Krzysztof Mazur / Agencja Gazeta

Od 2011 roku Rafał Stachura pełni też społeczną funkcję prezesa Lubelskiego Związku Hodowców Bydła i Producentów Mleka. - Po co mi to? Chcąc iść naprzód, musimy się spotykać, wymieniać się doświadczeniami, różnymi nowinkami. Robimy to regularnie, mimo że ze sobą na rynku konkurujemy. Chcemy też stworzyć mleczarskie lobby. Pod koniec lat 90. w Sejmie było trzech prezesów lubelskich mleczarni. Proszę zobaczyć, jak w tych czasach zmienił się OSM Krasnystaw, Spomlek w Radzyniu Podlaskim i Spółdzielnia Mleczarska Ryki, oczywiście nic nie ujmując innym mleczarniom naszego województwa. Dziś mleczarze takiej reprezentacji w Sejmie nie mają. Czas to zmienić.

Mleko i pieniądze

Od jakiegoś czasu średnia cena litra mleka w skupie utrzymuje się na Lubelszczyźnie w granicach 1,3 zł. Przy zeszłorocznych kosztach produkcji to absolutne minimum opłacalności, ale ta cena mleka nie pozwala producentom planować nowych inwestycji.

Fot. Krzysztof Mazur / Agencja Gazeta

Dla przykładu inwestycja na jedną krowę mleczną rasy holsztyno-fryzyjskiej to wydatek rzędu 20-25 tys. zł. Chodzi o zakup materiału genetycznego, budowę obory i zakup sprzętu. Trzeba do tego jeszcze dodać koszty związane z zakupem gruntów (kwestia pozyskiwania paszy). Tak więc zwrot inwestycji jest bardzo długotrwały.

W Polsce średnio każdego roku krowy rasy holsztyno-fryzyjskiej dają ok. 8,2 tys. litrów mleka. W Agromarinie średnia produkcja to 11,2 tys. litrów od krowy. W ciągu 18 lat Agromarina dochowała się czterech superrekordzistek. To miano przysługuje sztukom, które za życia wyprodukowały ponad 100 tys. litrów mleka.

Fot. Krzysztof Mazur / Agencja Gazeta

W tym biznesie pozytywne jest też to, że mleko w Polsce w 80 proc. przetwarzane jest w spółdzielniach mleczarskich i choć wolno, to systematycznie rośnie jego spożycie. W ostatnich 10 latach o jedną piątą. To oznacza, że dziś każdy Polak konsumuje w ciągu roku ok. 200 litrów mleka. Ale w wielu krajach Europy Zachodniej to ok. 300-350 litrów. Więc branża wydaje się być rosnącą.

Jednak z polskim mlekiem do końca nie jest aż tak różowo. W ciągu roku produkujemy ok. 10 mln ton mleka. Konsumpcja wciąż rośnie, ale dziś i tak jest na poziomie 7-7,7 mln ton. A to oznacza, że 30 proc. mleka nasz kraj musi wyeksportować w postaci różnych produktów (głównie sery i mleko w proszku). Od kilku lat sytuacja utrudnia rosyjskie embargo, ale producenci i przetwórcy mleka starają się promować konsumpcję mleka i nieustannie szukają nowych rynków zbytu.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.