Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Epidemia koronawirusa w Polsce i na świecie [RELACJA NA ŻYWO]

Pierwszy pacjent z potwierdzonym zakażeniem koronawirusem to 53-letni mieszkaniec Niedrzwicy Dużej.

Mężczyzna w poniedziałek wieczorem poczuł się bardzo źle i rodzina zawiozła go do szpitala w Bełżycach. Tam potwierdzono zakażenie koronawirusem. Stan mężczyzny jest ciężki. Znajduje się w śpiączce farmakologicznej. Nie oddycha samodzielnie. Jest podłączony do respiratora.

We wtorek wojewoda lubelski Lech Sprawka informował, że nosicielem koronawirusa jest prawdopodobnie członek rodziny chorego, który w ostatnim czasie był we Włoszech. Dodał też, że ta osoba będzie przetransportowana do Kliniki Chorób Zakaźnych Samodzielnego Publicznego Szpitala Klinicznego nr 1 w Lublinie i izolowana.

Wojewoda wyjaśniał, że wspomniana osoba razem z grupą młodych osób wybrała się na mecz Juventus - Inter, który odbywał się w minioną niedzielę. - Nie zostali wpuszczeni, bo odbywał się bez udziału publiczności [z powodu koronawirusa] - informował wojewoda. Jednak, jak ustaliliśmy, wojewoda minął się z prawdą.

Koronawirus w Lublinie. Zaczęło się od wyjazdu na mecz

"Wyborczej" udało się dotrzeć do syna pacjenta zakażonego koronawirusem. 23-letni Paweł niedawno wrócił z północnych Włoch, gdzie był z grupą znajomych. Obecnie przebywa w izolatce Kliniki Chorób Zakaźnych SPSK 1 w Lublinie. Zgodził się z nami porozmawiać o sytuacji, w jakiej znalazł się on i jego rodzina.

- Razem z grupą znajomych wygraliśmy rozgrywki orlikowej amatorskiej ligi biznesowej. Nagrodą był wyjazd do Włoch w drugiej połowie lutego, podczas którego mieliśmy obejrzeć mecz Inter Mediolan - Sampdoria Genua. Wycieczka odbyła się dwa tygodnie temu. Polecieliśmy samolotem. W sumie 11 osób. W Mediolanie byliśmy od soboty do poniedziałku. To był okres, kiedy epidemia koronawirusa we Włoszech dopiero się rozpoczynała. Kiedy przylecieliśmy do Włoch, na lotnisku sprawdzono, czy nie mamy temperatury. Ponieważ wszyscy byliśmy zdrowi, bez problemu nas wpuścili - opowiada "Wyborczej" Paweł.

Mężczyzna razem ze znajomymi zaczął zwiedzać miasto. Gdy wieczorem wrócili do hotelu, usłyszeli o rosnącej liczbie zakażonych koronawirusem osób oraz śmierci kilkudziesięciu pacjentów.

W kolejnych godzinach liczba zakażonych i zmarłych się powiększała. W związku z tym zaplanowany na niedzielę 23 lutego mecz Inter - Sampdoria został odwołany. Następnego dnia cała grupa mieszkańców okolic Lublina wróciła samolotem do Polski.

Koronawirus w Lublinie. Paweł: "Nikt w Polsce nas nie sprawdzał"

Żaden z 11 uczestników wycieczki nie miał typowych objawów zakażenia, o których mówią polskie władze, czyli wysokiej gorączki, mocnego kaszlu i duszności.

- W Polsce po przylocie nikt nas nie sprawdzał. Jednak czytałem o tym, co się dzieje, więc ustaliliśmy ze znajomymi, że zadzwonimy do sanepidu. Podaliśmy wszystkie nasze dane. W sanepidzie powiedzieli nam, że nie ma żadnych powodów do obaw, skoro nic nam nie dolega. Mieliśmy normalnie żyć, postępować tak jak zawsze. Ja chodziłem do pracy, grałem ze znajomymi w piłkę. Miałem lekki kaszel, ale powiedzieli mi, żeby się tym nie przejmować, bo objawy zakażenia to miał być mocny katar, kaszel i przede wszystkim wysoka gorączka. A żadnego z tych objawów nie miałem - tłumaczy Paweł.

Mimo to matka 23-latka stwierdziła, że cała rodzina powinna się przebadać w kierunku zakażenia koronawirusem.

- Chciała przeprowadzić te badania prywatnie. Skontaktowała się ze znajomą, która pracuje w jednym ze szpitali, ale ta powiedziała jej, że nie ma szans na zrobienie takiego badania. Że to ogromne koszty i nikt z personelu nie zechce ich wykonać. W związku z tym daliśmy sobie spokój - dodaje nasz rozmówca.

Koronawirus w Lublinie. Chory 53-latek wcześniej był w Szczecinie

Cała pięcioosobowa rodzina z Niedrzwicy Dużej pod Lublinem była jednak spokojna, bo nikt nie miał objawów wskazujących na zakażenie.

Sytuacja zmieniła się w ubiegłym tygodniu. Wtedy źle poczuł się ojciec Pawła, 53-latek, który prowadzi własną firmę. Jeszcze w zeszły wtorek pojechał do Szczecina w sprawach biznesowych. W środę po powrocie źle się poczuł. Kolejnego dnia wybrał się do lekarza rodzinnego i dostał antybiotyk oraz leki na kaszel i zbicie gorączki.

- Mimo to tato był osłabiony, nigdzie się nie ruszał z domu od czwartku do poniedziałku. W poniedziałek rano było trochę lepiej, ale już wieczorem zaczął strasznie kaszleć, był siny, nie mógł złapać oddechu. Zadzwoniliśmy po pogotowie, podaliśmy wszystkie objawy. Dyspozytorka o nic więcej nas nie pytała, tylko powiedziała, że skoro tato jest pod nadzorem lekarza rodzinnego, to nie wyśle po niego karetki. I żebyśmy zadbali o niego sami - opowiada "Wyborczej" Paweł.

W związku z tym rodzina postanowiła sama przewieźć mężczyznę do najbliższego szpitala w Bełżycach.

- Mieliśmy problem, żeby zapakować go do samochodu. Facet, który waży ze sto kilo, nie wiedział, co się wokół niego dzieje, zachowywał się, jakby był kompletnie pijany, nie było z nim żadnego kontaktu - dodaje syn hospitalizowanego mężczyzny.

Personel szpitala w Bełżycach postanowił zatrzymać 53-latka. Mężczyzna miał być siny, nie mógł złapać oddechu. Stwierdzono u niego zapalenie płuc, niedotlenienie, odwodnienie i bardzo niską saturację, czyli nasycenie krwi tlenem.

Mężczyznę wprowadzono w stan śpiączki farmakologicznej i podłączono do respiratora. Jego stan jest określany jako ciężki. Wykonane badania potwierdziły zakażenie koronawirusem.

Koronawirus w Lublinie. Paweł w izolatce, reszta rodziny w domu

- Dziś [we wtorek] przyszły wyniki i od razu cała nasza rodzina, czyli ja, mama i jeszcze siostra z bratem, zostaliśmy zaproszeni na badania. Najpierw mieliśmy jechać sami. Później powiedziano nam, że przyjedzie po nas karetka. Czekaliśmy na nią chyba półtorej godziny. A jak już przyjechała, to załoga zdziwiła się, że chodzi o cztery osoby, bo była przekonana, że tylko o dwie. W końcu wszystkich nas zabrano. Mama z siostrą i bratem wrócili do domu po badaniach. Mają zostać w domu i czekać, co dalej. Ja zostałem w izolatce szpitala na Staszica [SPSK nr 1 w Lublinie] - opowiada Paweł.

Rodzinę poinformowano, że ojciec naszego rozmówcy zostanie w szpitalu w Bełżycach. Miał być transportowany do Kliniki Chorób Zakaźnych SPSK 1, ale lekarze wolą nie narażać pacjenta na dodatkowe niebezpieczeństwo związane z transportem.

Koronawirus. Zamknięte szkoły w Niedrzwicy Dużej

Wójt Niedrzwicy Dużej postanowił zamknąć wszystkie szkoły i przedszkola w gminie oraz gminny ośrodek sportu w Niedrzwicy Dużej do końca tygodnia. Natomiast służby sanitarne będą ustalały, z kim Paweł, jego ojciec oraz pozostali członkowie rodziny mogli mieć kontakt.

Najnowsze informacje o koronawirusie w Polsce znajdują się tutaj

Wojewoda lubelski Lech Sprawka zapewniał, że nie ma zagrożenia dla pacjentów szpitala w Bełżycach, bo chory mężczyzna został od nich szybko odizolowany.

- To, w jakiej sytuacji znalazła się moja rodzina, pokazuje, że jako kraj jesteśmy kompletnie nieprzygotowani na walkę z koronawirusem. Mimo że byłem we Włoszech, zgłaszałem kaszel, słyszałem tylko, że skoro nie ma innych objawów, to wszystko jest w porządku. Mama dowiedziała się, że nikt nie zrobi nam badań w kierunku koronawirusa, a chorego ojca sami musieliśmy wieźć do szpitala. Wszystko wskazuje na to, że zakaził się ode mnie, ale to potwierdzą dopiero wyniki badań. Na razie więc czekam - podsumowuje Paweł.

Koronawirus w Lublinie. Syn pacjenta zataił, że jest pod nadzorem sanepidu?

Podczas porannej konferencji w środę wojewoda lubelski Lech Sprawka odniósł się też do sugestii z poprzedniego dnia, jakoby rodzina pacjenta z Niedrzwicy miała zatajać informacje o kontaktach z osobami z Włoch i fakt znajdowania się jednej z osób pod nadzorem sanepidu. - To prawda, że te osoby były w stałym kontakcie z sanepidem. Ja nie formułuję żadnych oskarżeń. Tym bardziej że może się okazać zupełnie inny kierunek zakażenia. Informacja, że jeden z członków rodziny jest pod nadzorem epidemiologicznym, nie zafunkcjonowała wtedy, kiedy ci państwo byli w nocnej opiece i później, przy przyjęciu do szpitala. Ten fakt został przez rodzinę utajniony i dopiero wyszedł na jaw po pewnym czasie pobytu w szpitalu. Wtedy nastąpił kontakt szpitala ze służbami sanitarnymi. Także już nie badajmy minuta po minucie. Mówię o tym tylko i wyłącznie dlatego, żeby przestrzec innych przed tego typu sytuacjami - mówił Lech Sprawka.

Zapytany o to, czy służby zachowały się prawidłowo, odparł: - Po pierwsze, nie w moich kompetencjach jest merytoryczna ocena pracy służb, ale z tych informacji, z rozmów z wojewódzkim inspektorem sanitarnym wynika, że nie było zaniechań.

Koronawirus. W Polsce już 22. zakażone osoby

Przypomnijmy, że ojciec naszego rozmówcy to 22. osoba, u której potwierdzono obecność koronawirusa w Polsce i pierwsza w województwie lubelskim.

W związku z epidemią rząd odwołał wszystkie imprezy masowe w kraju. Poszczególne miasta i instytucje wprowadzają kolejne obostrzenia. W Poznaniu lekcje odwołało 205 szkół i przedszkoli.

Koronawirus w Polsce. Stwierdzone przypadki

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.