Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

– To było siedem lat temu, wtedy miałem już polskie obywatelstwo. Centrum Warszawy. Niespodziewanie zadzwonił do mnie mężczyzna, który przedstawił się z imienia i nazwiska. Oświadczył, że jest wiceszefem prokuratury w Mohylewie [miasto na wschodzie Białorusi – red.]. I zagroził: „Chcesz w Polsce żyć? Żyj, nie ma problemu. Ale jeśli będziesz wspierał białoruską opozycję, wiedz, że cię znajdziemy i zajebiemy. Wcześniej czy później. Służby białoruske mają duże możliwości, także w Polsce” – Michałowski przeraził się, ale z czasem o tej rozmowie zapomniał.

Do czasu, kiedy zeszłego roku otrzymał zawiadomienia z prokuratury w Chełmie z wezwaniem na przesłuchanie w charakterze podejrzanego.

Dlaczego Polska ściga białoruskich opozycjonistów

Kim jest Aleksander Michałowski? Rocznik 1968, elokwentny, wygadany. Urodził się na Białorusi, ale rodzina ze strony babci to Polacy z Kresów.

W Mohylewie skończył politechnikę, ale jako inżynier nigdy nie pracował. Wybrał biznes. Handlował sokami i alkoholami. Miał też licencję „antykryzysowego menedżera”, który z ramienia państwa zarządza firmami popadającymi w kłopoty finansowe. Wyciągał na prostą przedsiębiorstwa z branży spirytusowej. Bardzo dobrze zarabiał.

Jednocześnie pod koniec lat 90. zaangażował się w walkę z reżimem Łukaszenki. Wstąpił do Białoruskiego Narodowego Frontu „Odrodzenie” Zianona Pazniaka. Jawnie zaczął wspierać finansowo opozycję.

 Dlaczego? Co kilka miesięcy przyjeżdżałem do Polski, turystycznie, w interesach. Wtedy wszystko się u was szybko zmieniało: drogi, firmy, miasta. A na Białorusi wszystko się kisiło. Żeby to zmienić, trzeba było odsunąć od władzy Łukaszenkę. Demokratycznie, podczas wyborów

– opowiada Michałowski.

W 2004 kandydował z ramienia Frontu do parlamentu Białorusi, ale mandatu nie otrzymał. Jakiś czas później dostał informację, że tajne służby lada chwila zatrzymają go pod pozorem rzekomych nieprawidłowości w jednej z zarządzanych przez niego firm. Michałowski nawet nie wrócił do mieszkania. Paszport miał w biurze. Tak jak stał, wsiadł do nocnego pociągu do Kijowa i uciekł na Ukrainę. Tajniacy wtargnęli do mieszkania następnego dnia nad ranem. Michałowski w Mohylewie zostawił żonę i 8-letniego syna.

Został zatrzymany pół roku później, we wrześniu 2006 r., przez polskich pograniczników na przejściu granicznym w Dorohusku. W pociągu, którym jechał z Kijowa do Warszawy, gdzie chciał ubiegać się o status uchodźcy.

 Szczerze? W ogóle nie przypuszczałem, że prokuratura białoruska rozesłała za mną jakiś list gończy. A nawet jakby tak się stało, przez myśl mi nie przeszło, że państwo polskie, które wspierało i wspiera antyreżimową opozycję, będzie ślepo wykonywało polecenia Łukaszenki

– Michałowski do dziś nie kryje rozgoryczenia.

W 2006 r. w Polsce rządziła koalicja, na czele której stał PiS, a prokuratura tak jak dziś była podległa ministrowi sprawiedliwości Zbigniewowi Ziobrze.

Michałowski na cztery miesiące trafił do aresztu, gdzie czekał, aż Sąd Okręgowy w Lublinie rozpatrzy wniosek polskiej prokuratury, która zgodnie z wolą strony białoruskiej domagała się jego ekstradycji do Mińska.

To właśnie pod koniec 2006 r. Michałowski napisał dramatyczny list do „Wyborczej”: „Przyczyną aresztowania jest list gończy wydany przez białoruskie władze na podstawie dowodów w całości sfabrykowanych przez KGB. Na Białorusi czeka mnie nieuczciwy proces i długoletnie więzienie. Mam podstawy, aby uważać, że moje życie będzie tam zagrożone. Wiem, że Polska to demokratyczny kraj, który jest w Unii Europejskiej i nie uznaje dyktatury Łukaszenki. Pamiętam, że Polacy bardzo pomagali naszej organizacji [Białoruskiemu Narodowemu Frontowi „Odrodzenie” – red.] w walce o wolną Białoruś, dlatego nie rozumiem, dlaczego tak długo jestem przetrzymywany. Proszę o pomoc”.

Kilka dni później w więziennej celi spotkałem się z Michałowskim i opisałem jego historię.

W lutym Sąd Okręgowy w Lublinie nie przychylił się do wniosku ekstradycyjnego i jeszcze tego samego dnia nakazał wypuścić Michałowskiego na wolność. Brak zgody na wydanie go stronie białoruskiej sąd argumentował przede wszystkim tym, że w Mińsku nie miałby on zagwarantowanego sprawiedliwego procesu.

Zanim sędziowie podjęli taką decyzję, wysłuchali świadków, m.in. Stanisława Szuszkiewicza, na początku lat 90. przewodniczącego Rady Najwyższej Białorusi, a potem działacza opozycji. Szuszkiewicz opowiadał wprost, co reżim Łukaszenki robił z opozycjonistami w więzieniach i jak wyglądają tamtejsze sądy. – Mam ogromne zastrzeżenia do intencji białoruskich organów ścigania. W ostatnich kilku latach polskie sądy pięciokrotnie odmówiły ekstradycji obywateli Białorusi, kwestionując zebrane przeciwko nim dowody. Mam nadzieję, że podobnie stanie się w przypadku Aleksandra Michałowskiego – mówił w sądzie Szuszkiewicz.

W rozprawie Michałowskiego w Lublinie miał zeznawać też inny ważny świadek, działacz opozycji Walery Frołow, ale dziwnym trafem w dniu procesu bez podania powodów nie został wypuszczony z terenu Białorusi do Polski.

Kiedyś ktoś pomógł mi, teraz ja pomagam

Aleksander Michałowski po wyjściu na wolność wyjechał do Warszawy. Do Polski ściągnął syna. Żona nie chciała zostawić w Mohylewie rodziców.

Michałowski na Akademii Leona Koźmińskiego skończył ekonomię i zarządzanie, a syn na Uniwersytecie Warszawskim antropologię. Aleksander Michałowski w Polsce założył nową rodzinę. A w 2013 r. dostał polskie obywatelstwo.

Dziś pracuje m.in. dla fundacji Lex Nostra, która od pomaga cudzoziemcom.

– Skoro państwo polskie pomogło mnie, teraz ja pomagam innym, także Białorusinom. Po sfałszowanych wyborach i zdławionych siłą protestach opozycji jesteśmy dziś jeszcze bardziej potrzebni. Bronimy przed deportacją z Polski białoruskich opozycjonistów, pomagamy osobom, które na wniosek białoruskich służb zostały wpisane nie wiedzieć czemu na listy osób poszukiwanych przez Interpol. Ale wspieramy także tych obcokrajowców, którzy przyjechali do Polski dla lepszego życia, za chlebem i po prostu zostali oszukani przez polskich pracodawców – podkreśla Michałowski.

Jesienią zeszłego roku Fundacja otworzyła w Drwalewie pod Warszawą ośrodek pomocy dla uchodźców.

– Uciekinierzy z Białorusi znajdują tam dziś zakwaterowanie, ale przede wszystkim bezpłatną pomoc rosyjskojęzycznych prawników i psychologów. Dziś udzielamy tam wsparcia kilkunastu osobom, ale w przyszłości chcemy zapewnić tam miejsce nawet dla 200 osób. Chcemy ułatwiać proces asymilacji w Polsce jak największej liczbie uchodźców. Nie tylko z Białorusi. Szukamy dla nich legalnej pracy, a dzieciom miejsca w szkołach – Michałowski pracując w fundacji znalazł swoje miejsce na ziemi. Kreśląc plany rozwoju ośrodka jest w swoim żywiole, o pomocy uchodźcom może opowiadać godzinami.

Podejrzany Aleksander Michałowski

Wiosną zeszłego roku Michałowski dostał list polecony z chełmskiego ośrodka zamiejscowego Prokuratury Okręgowej w Lublinie. – Był początek pandemii, mieliśmy w fundacji inne problemy. Na początku w ogóle nie skojarzyłem, o co może chodzić. Przecież minęło już tyle lat od mojej ucieczki. Jednak po chwili zacząłem łapać fakty, że Chełm to miasto koło Dorohuska, gdzie mnie zatrzymano, że w Lublinie spędziłem cztery miesiące w areszcie ekstradycyjnym. Wreszcie przypomniałem sobie telefon prokuratora z Mohylewa, który ostrzegał mnie przed polityką – Michałowski nagle traci rezon i zaczyna cedzić słowo po słowie.

Z powodu pandemii do Chełma ostatecznie nie pojechał, ale latem do siedziby prokuratury w Warszawie zaprosił go Mariusz Snopek, prokurator rejonowy z Chełma.

Michałowski na spotkanie pojechał z przetłumaczoną na język polski decyzją prokuratora z Mohylewa, który 10 kwietnia 2017 r. umorzył śledztwo w sprawie przęstępstw gospodarczych z powodu przedawnienia. W uzasadnieniu białoruski śledczy zauważył, że „szkoda wyrządzona wskutek działań Michałowskiego została całkowicie zaspokojona podczas licytacji majątku jednej z jego spółek”. – Proszę sobie wyobrazić, że prokuratora Snopka moje dokumenty w ogóle nie interesowały. Podczas przesłuchania słysząc moje wyjaśnienia chyba cztery razy wychodził z pokoju i przez telefon coś z kimś konsultował. Wyglądało to bardzo dziwnie. Na koniec przeczytał mi pięć zarzutów dotyczących przestępstw gospodarczych, których miałbym dokonać na Białorusi w 2004 i 2005 r. I poinformował, że grozi za to kara od sześciu miesięcy do ośmiu lat pozbawienia wolności. I tak stałem się w Polsce osobą podejrzaną – Aleksander Michałowski zawiesza głos.

209 tomów akt sprawy

Prokurator Snopek nie chciał rozmawiać z „Wyborczą” o sprawie Michałowskiego. Od rzeczniczki Prokuratury Okręgowej w Lublinie Agnieszki Kępki dowiedzieliśmy się, że śledztwo zostało przekazane z Białorusi do prowadzenia przez polskich śledczych jeszcze w 2008 r.

Zgromadzone przez prokuraturę w Chełmie akta sprawy Michałowskiego liczą 209 tomów, każdy po 200 stron.

Akt oskarżenia ma 21 stron i zakłada przesłuchanie 30 świadków, przede wszystkim obywateli Białorusi. Prokurator Snopek formułuje wobec Michałowskiemu pięć zarzutów. I tak m.in.: Michałowski pracując jako syndyk w Bobrujskich Zakładach Winogronowych miał przywłaszczyć nienależne wynagrodzenie, innym razem ubiegając się o kredyt wskazać 19 846 butelek koniaku o nazwie „Pięć gwiazdek” jako własność jednej firmy, choć w rzeczywistości alkohol miał należeć do innej. Wreszcie ubiegając się o kredyty Michałowski miał wskazać jako ich zabezpieczenie partię koncentratu soku jabłkowego, która znajdowała się fizycznie w jego firmie ale nie była jej własnością.

Aleksander Michałowski:

 Wszystkie zarzuty są spreparowane. Przez białoruskie służby. Miały jeden cel: wsadzić za kraty przedsiębiorcę walczącego z reżimem Łukaszenki.

Z uzasadnienia aktu oskarżenia wynika, że zarzuty zostały przygotowane w oparciu o materiał dowodowy zgromadzony na Białorusi. ”Nie zachodzą przy tym obiektywne podstawy do podważenia wiarygodności tych dowodów” – zauważa w akcie oskarżenia Snopek.

Prokurator przyjął wyjaśnienia Michałowskiego „jako jego linię obrony”. Jednocześnie podważył rzetelność białoruskich dokumentów o umorzeniu śledztwa kwestionując ich „charakter urzędowy”.

Akt oskarżenia trafił do Sądu Okręgowego w Lublinie w lipcu 2020 r., a to oznacza, że polscy prokuratorzy zajmowali się sprawą ponad 12 lat.

16 lutego Sąd Okręgowy w Lublinie umorzył śledztwo przeciwko Michałowskiemu z powodu przedawnienia, do którego doszło w grudniu zeszłego roku. Właśnie wtedy minęło 15 lat od ostatniego przestępstwa, które białoruska prokuratura mu zarzucała.

Ale a tym nie koniec. Prokurator Snopek w ostatnich dniach zaskarżył decyzje lubelskiego sądu o umorzeniu śledztwa. Domaga się on m.in., by sąd wystąpił do strony białoruskiej z pytaniem, czy przestępstwo zarzucane Michałowskiemu, w myśl tamtejszych przepisów, rzeczywiście się przedawniło.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.